RSS
czwartek, 08 listopada 2007
Szukanie złotego runa

Ten drogowskaz stoi przy getyńskim ratuszu (to ten wysoki budynek w tle). Tydzień temu rano wróciłam do domu. Wciąż żyję dniami, które spędziałam w Getyndze. Niby weszłam już w normalny rytm, ale nocami śni mi się, że ktoś mówi do mnie po niemiecku :) Od poniedziałku w "Gazecie" rusza cykl artykułów o tym, co ciekawago 21 reporterów podpatrzyło w 21 europejskich miastach. Przeglądam materiały, które zebrałam, piszę pierwsze rzeczy dla Was. Nie jest to łatwe. I to nie bynajmniej dlatego, że muszę odczytywać swoje notatki z zapisanego chaotycznym (bo wiecznie pośpiesznym) pismem zeszytu i przewertować torbę folderów i ulotek. Jest to trudne, bo ze wszystkich spotkań, rozmów i tego, co zobaczyłam muszę wyłowić rzeczy najważniejsze dla Torunia. Te, które mogą być przykładem dla naszego miasta, złotym getyńskim runem, którym możemy się pożywić, żeby żyło się nam lepiej i przyjemniej. Trochę tego jest. O wszystkim będziecie mogli czytać już od 12 listopada.

Na razie jednak chciałabym wrzucić tu kilka fotek, pokazujących oblicze Getyngi.

To ojciec, który opiekę nad dzieckiem łączy ze sportem. Wspominałam o nim, opisując getyńską niedzielę. Przyznacie, widok trochę niecodzienny. W Toruniu pomyślałabym pewnie, że porwał dziecko i ucieka, ale tam najdziwniejszy rower nie dziwi. Ten jest nietypowy przez to, że wózek dla malucha jest z przodu - zazwyczaj montowane są z boku lub z tyłu.

A to wspominane zajęcia z dzieciakami w Instytucie Etnologii. Piłka-globus po prawej stronie służy studentom do pokazywania, gdzie też to żyją ci Indianie, o których jest bajka.

I jeszcze jedna weekendowa fotka. Tę dziewczynkę zauważyłam podczas niedzielnego spaceru po Starówce. Takich małych rzeźbo-zabawek jest na niej kilka. Świetna rzecz: rodzice w kolejce po mięso, a dzieciak się nie nudzi.

A teraz z zupełnie innej beczki. W Getyndze znaleźli świetny sposób na reklamę imprez. Jest darmowa, dociera do masowego odbiorcy i zapobiega dzikiemu plakatowaniu.

To akurat zapowiedź zabawy dla studentów z zagranicy, którzy są na uniwersytecie w ramach Erasmusa. Najwięcej takich napisów pojawia się oczywiście w okolicy kampusu.

Syba-ryta pytał mnie w jednym z komentarzy, czy getyńczycy w ogóle kojarzą Toruń i wiedzą, że jesteśmy ich miastem partnerskim. Otóż kojarzą doskonale. Może dzięki takim detalom:

To instalacja na jednej z głównych ulic miasta Goethe Allee. Napis informuje o wybitnym astronomie pochodzącym z partnerskiego Torunia. Idąc dalej można spotkać podobne mini-rzeźby z poszczególnymi planetami. A jeśli już jesteśmy przy akcentach toruńskich, to nie uwierzycie, co spotkałam podczas jednaj z przechadzek!

Jak Boga kocham, krzywa! Nie mam pojęcia, co się tam mieści, chyba nic, bo wyglądała na zamkniętą na cztery spusty. Tego się nie spodziewałam!

Żeby obraz był prawdziwy i pełny, to muszę powiedzieć, że i w Getyndze nie zawsze wszystko wygląda tak pięknie. Zdaje się, że mają ten sam problem, co my, bo wieczoram na Starówce można trafić i taki widok:

Wszystko to jest cały czas żywe w mojej pamięci. Wspominam ludzi, których spotkałam i to, co mi o swoim mieście opowiedzieli. Dochodzę do wniosku, że fenomen Getyngi polega na tym, że życie tam jest proste. Nie ma wielkomiejskiego zadęcia ze wszystkimi problemami, jakie niosą molochy - wielkoświatowe, ale i uciążliwe. To właśnie cenią sobie mieszkańcy, m.in. Sefa Degim, jeden z moich niezapomnianych rozmówców:

Po przyjeździe do Polski najbardziej chyba uderzyła mnie ta powszechna nerwowość. Za długo wyjmuję portfel, stojąc przy kasie w sklepie i już ktoś za mną wzdycha i cmoka (obowiązkowo na tyle głośno, żebym usłyszała). Pani w sklepie jest niezadowolona, że proszę o pomoc, przerywając jej tym samym rozmowę z koleżanką. No i ulice! Po raz kolejny - tyle, że teraz dużo jaskrawiej - widzę powszechne chamstwo. Masa kierowców traktuje pieszych (o rowerzystach nie wspomnę), jak zawalidrogi niepotrzebnie hamujące ruch. Na kierowcę, który zatrzymuje się przed przejściem bez świateł nasi piesi patrzą podejrzliwie, po czym przemykają chyłkiem przed maską, jakby obawiali się, że ten w aucie się rozmyśli i ich rozjedzie. W Getyndze w zasadzie nie musiałam się rozglądać, wchodząc na pasy. Tam, kiedy kierowca widzi pieszego, od razu się zatrzymuje, nawet mu do głowy nie przyjdzie, żeby przejechać, zanim ten przejdzie. Ale trzeba przyznać, że i piesi są zdyscyplinowani i nie przebiegają na dziko przez jezdnię. Może dlatego, że nie muszą szukać zebry, bo tych jest masa (to jeden ze sposobów na ukrócenie kierowcóa, którzy mają nóżkę nieco przyciężką do gazu). Eh! Na taki codzienny luz i spokój zamożnych zachodnich społeczeństw przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać. Pewnie łatwiej o niego, kiedy pensja starcza nie tylko na życie, ale jeszcze fajne wakacje, kiedy człowiek nie boi się o pracę, o szyby w samochodzie zaparkowanym pod domem...

A'propos ruchu ulicznego. W Getyndze można jeździć na rowerze nawet z 1,6 promila! Ale z tego co widziałam, nawet mocno wstawieni studenci zatrzymują się na czerwonym świetle - również, kiedy nic nie jedzie!

19:22, natalia.waloch
Link Komentarze (2) »
środa, 31 października 2007

To moje ostnie chwile w Getyndze. Rano pojechalam do osrodka w Grone Sud zrobic zdjecia i porozmwiac z uczestnikami zajec. Dzis nie bylo lekji niemieckiego, bo sa ferie i matki-imigrantki siedza z dziecmi w domach. Byly za to warsztty mlarskie, a na nich kilka osob regularnie przychodzacych do Centrum Sasiedzkiego. Wszystkie twirdza, ze jego powstanie to strzal w dziesiatke.

Wroilam do hotelu, spakowalam manele i zwiozlam je do Szymona, zeby nie targac calego dobytku ze soba az do 21.30, kiedy wsiade do autobusu. Powloczylam sie troche po centrum,a potem pojechalam zobaczyc X-LAB, nowoczesne labortorium w kompleksie uniwersyteckim, ktore jest przykladem fajnej (moim zdaniem) nowoczesnej architektury. Wpadlam pozegnac sie z Sefa, z ktorym - jak zawsze - ucielismy sobie mala pogawedke. Teraz siedze w kafejce internetowej i pisze te slowa - ostatnie stad. Mam w planie jeszcze jedno spotkanie z Malgosia Malolepsza i to by chyba bylo na tyle, jesli idzie o moja getynska przygode...

17:13, natalia.waloch
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 października 2007
Ojciec Rydzyk? Nigdy!

Zerwałam się bladym świtem (tzn. o 6.45, co jest dla mnie porą nieludzką), żeby na 8:00 zdążyć na zajęcia polskiego dla Niemców, które prowadzi wspominana już Małgorzata Małolepsza. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, jak dobrze idzie im nauka naszego trudnego języka. Ale to też pewnie zasługa nauczycielki, która nie pozwala się grupie nudzić, ale też nie przepuści najmniejszego błędu, czy to w wymowie, czy w gramatyce. Po zajęciach chciałam ze studentami porozmawiać trochę o uniwersytecie i mieście. Chętnie się zgodzili i miałam przyjemne wrażenie, że nie traktują spotkania ze mną jak przedłużenia lekcji. Poszliśmy na kawę w kampusowej knajpce i pogadaliśmy trochę serio, trochę na luzie. Studenci to jednak znakomici rozmówcy – z jednej strony pełni zapału do życia, z drugiej krytyczni wobec absurdów. Jednym słowem mają w sobie to, co Anglicy nazywają fresh look. Okazuje się, że – jak chyba wszędzie – również tutaj żacy z dystansem patrzą na władze uczelni, które uważają za zbyt konserwatywne. Natomiast bardzo lubią miasto, chociaż – jak powiedział mi Olaf – po trzydziestce zaczyna się problem, bo wszystkie kluby okupują dwudziestoparolatkowie, z którymi towarzystwo „+30” niekoniecznie chce się bawić. Jak się okazało prawie wszyscy moi rozmówcy kojarzyli, że Toruń jest miastam partnerskim Getyngi. Niemal każdy z nich słyszał też o Radiu Maryja. Twierdzą, że w Getyndze to by nie przeszło. – Tu by ciągle były demonstracje przeciwko takiej działalności – mówili. Getynga to w ogóle – ze względu na to, że od zawsze chyba jest miastem lewicowym – miejsce wielu demonstracji. Największe z nich to protesty antyfaszystowskie. Ale i w drobniejszych, bieżących sprawach nietrudno skrzyknąć spory tłumek chętny do przemaszerowania ulicami. W zeszłym tygodniu na przykład podobno demonstrowali studenci niezadowoleni z nowego typu umów najmu mieszkań studenckich. Jak wyjaśniła mi moja grupka: każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie i tu się z niego korzysta. Podoba mi się to. Myślę, że pokojowe demonstracje ożywiają miasto i – co najważniejsze – zmuszają każdego, nawet najmniej zaangażowanego mieszkańca do wyrobienia sobie zdania na dany temat. Studencki UMK rozruszajcie Toruń!

A oto moi rozmówcy:

Po zajęciach na uniwerku pobiegłam na spotkanie z Szymonem i razem udaliśmy się na posterunek policji. Jurgen Spuddig, komendant posterunku Getynga-Śródmieście opowiedział mi trochę o pracy tutejszych mundurowych. Potwierdził to, co słyszałam od wielu osób, a mianowicie, że miasto jest bardzo bepieczne. On sam, kiedy w cywilu chodzi po mieście też czuje się komfortowo, bo – jak mówi – mieszkańcy starają się sobie nawzajem ten komfort życia zapewnić. Czyli jednak wiele zależy od społeczeństwa obywatelskiego. Ale są też surowe kary. Oto taryfikator: za jazdę na rowerze bez świateł – 10 euro, zarzucanie petów bądź innych śmieci na ulicy – 15 euro, tyle samo za psa srającego na chodniku. A za jazdę na gapę kasują człowieka na 40 euro. I to wszystko jest konsekwentnie egzekwowane. Niesamowitą rzecz powiedział o żebrakach, nachalnie nagabujących kawiarnianych gości. Taki delikwent jest zmuszony opuścić Starówkę. Nie chce? Do aresztu. Wypuszczają gościa dopiero, kiedy pustoszeją knajpy i nie ma już kogo zaczepiać.

Kiedy opuściliśmy komisariat nadarzyła się gratka:

To nie górnik ani performer. To Carsten Schmidt kilka chwil po obronie doktoratu. W Getyndze każdy świeżo upieczony doktor musi dać Gęsiareczce kwiaty i całusa. Dr Schmidt jest internistą. Nie pracuje w Getyndze, ale tu się pnie po stopniach medycznej kariery. Po wycałowaniu pomnika on i jego goście strzelili sobie po lampce wina. Kiedyś we Włoszech widziałam magistrantów biegających w slipach i girlandach kwiatów na szyi. Wczoraj upodglądałam bloga Oli z bydgoskiej „Gazety”, która jest w Tuluzie. Tam z kolei studenci z okazji otrzęsin czy półmetka nauki biegają nago. Może i w Toruniu warto wynaleźć jakąś nową, świecką tradycję? Jakieś całowanie Kopernika po stopach, czy coś?

Z centrum po raz drugi pojechałam do Grone Sud, dzielnicy zamieszkałej przez imigrantów. Mieszkają tam podobno ludzie 18 różnych narodowości! Odwiedziłam „Centrum sąsiedzkie”, które powstało – jak już wspominałam – żeby wyciągnąć mieszkańców z domów. Kobiety – głównie muzułmanki – dotąd zamknięte w domach przychodzą tam na wspólne śniadania, dzieciaki grają, bezrobotni dostają pomoc w znalezieniu pracy (chociaż to nie jest łatwe – Getynga to nie najlepsze miasto dla niewykwalifikowanych robotników, bo za mało tu fabryk), a świeżo przybyli chodzą na kursy niemieckiego. Oprócz tego w Grone Sud władze miasta pobudowały place zabaw, boiska i plac, który stał się centrum dzielnicy. Mieszkańcy twierdzą, że powoli przynosi to skutek. Na przykład pan Werner Poll, który przychodzi pobawić się z wnukami Danielem, Vivianne i Nathalie (cała czwórka na zdjęciu) na zielonym terenie w środku osiedla. Twierdzi, że latem boiska, huśtawki i piaskownice są oblężone.

I takie to miałam dziś wrażenia. A to jeszcze nie koniec! na 20 idę na spotkanie z polskim doktorantem w Instytucie Informatyki. Ciekawa jestem, co mu daje uniwersytet Georga-Augusta, czego nie dostałby w Polsce.

Jutro wieczoram wyjeżdżam z Getyngi i trochę mi żal.Chętnie jeszcze trochę poryłabym w tutejszej rzeczywistości...

17:48, natalia.waloch
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2007
Skansen czy moderna?

Hurra! Wreszcie udało mi się rozwiązać – mam nadzieję, że na dobre – problemy techniczne i znów mogę wrzucać zdjęcia! Wszystko dzięki naszym nieocenionym informatykom!

Najpierw chciałam jednak wytłumaczyć, skąd wzięła się tak niechlujna korekta w moich ostatnich wpisach, co niektórym z Was przeszkadzało. Wyjaśniałam to już w komentarzu do komentarzy, ale pewnie nie wszyscy tam zaglądają, więc jeszcze raz. Z powodu wspomnianych problemów technicznych musiałam korzystać ze zbiorczego komputera w holu hotelu. A ten po pierwsze miał niemiecką klawiaturę, która wiele się nie różni od polskiej, ale zawsze trochę i to utrudniało mi pisanie. Po drugie zawsze ktoś chcący skorzystać z komputera stał mi nad głową, więc się spieszyłam. Taka oto tajemnica „fafołów”, które się pojawiały. Mam nadzieję, że już ich nie będzie.

A dziś? Nowy tydzień zaczęłam od śledztwa w bardzo ważnej – zarówno dla Torunia, jak i Getyngi – sprawie, jaką jest architektura. Czy trwać w biernym zachwycie nad gotykiem i perłami innych epok, czy też robić cokolwiek, by przyszłe pokolenia zastały po nas coś więcej, niż tylko klockowate hipermarkety? Oto pytanie, które – jak się okazuje – dręczy architektów i urbanistów wszystkich zabytkowych miast. Zadałam je Hansowi-Dieterowi Ohlow, architektowi z ratusza.

Po powrocie do Torunia napiszę rozmowę z nim – mam nadzieję, że będzie dla Was równie ciekawa, co dla mnie. Dziś zdradzę tylko, że getyńczycy nie planują architektury z dnia na dzień lub dopiero kiedy pojawi się inwestor, chcący coś pobudować. Mają opracowany plan na najbliższych kilka lat, a konkretnie do 2020 roku! Ich głównym celem jest wyjście naprzeciw nowoczesnemu społeczeństwu, zamieszkującym miasto uniwersyteckie. Fachowcy chcą to na każdym kroku podkreślać. Poza tym mieli tu też kilka awantur. Jedna rozpętała się, kiedy inwestor chciał na samej Starówce postawić nowoczesny budynek centrum handlowego Kaufland. Masa ludzi protestowała, ale budynek stanął. Jak to wygląda oceńcie sami:

Dodam tylko, że na dachu Kauflandu jest ogród w jesiennych kolorach, co sprawia, że widziany z góry (z ratusza na przykład) świetnie wtapia się w zabytkowy krajobraz.

Zdaniem Ohlowa architektura, która nas otacza ma wpływ na to, jak funkcjonuje społeczeństwo, a ponieważ świat, życie wciąż się zmieniają, musi się też zmieniać otoczenie. Co Wy na to?

To tyle na dzisiaj. Nie wiem jeszcze, co dokładnie będę robiła jutro, ponieważ jestem w fazie dogrywania spotkań. Z pewnością jednak wydarzy się coś ciekawego – jak każdego dnia tutaj.

18:57, natalia.waloch
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 października 2007
Getynga sie leni

Niedziela to bardzo spokojny dzien w Getyndze. W Toruniu jest prawie tak samo. Prawie, bo u nas spokojne sa ulice, za to w centrach handlowych - pieklo. Tu tego problemu nie ma, bo Niemcy juz jakis czas temu odkryli, ze mozna przezyc cztery dni w miesiacu bez wydawania kasy. Dzisiejsza wloczega po miescie utwierdzila mnie w przekonaniu, ze zakaz handlu w niedziele to nie taki glupi pomysl i to wcale nie koniecznie ze wzgledow religijnych. To po prostu swietna metoda na zmuszenie ludzi do spedzenia czasu z rodzina. Pewnie i niemiecka rodzina przezywa kryzys, jak cala reszta Zachodu, ale jednak. W Getyndze nie da rady zajac dzieciaka jezdzeniem na wozku w hipermarkecie, zatykajac go kawalkiem pizzy. Nie ma mozliwosci zabijania samotnosci/chandry/strachu przepuszczaniem kasy na kolejne gadzety. Trzeba kombinowac. I kombinuja. Chodza na spotkania z przyjaciolmi, na randki, spacery. Mieszkancy miasta sa kompletnie sfiskowani na punkcie sportu, wiec centrum z basenem i innymi atrakcjami przezywa oblezenie. Po alejkach pieknego Cheltenchamparku leniwie przechadzaja sie seniorzy nie zrazeni wymijajacymi ich slalomem juniorami. Co rusz rytmicznym krokiem przebiega postac w dresie i czapce. Dzis nawet widzialam mlodego tatusia, ktory w krotkich spodenkach truchtal, pchajac przed soba wozek z kilkumiesieczym maluchem. Z kawiarni dobiega gwar, a pod Stadthalle ustawia sie kolejka rodzicow, ktorzy z pociachami przyszli na koncert czy spektakl. Fajne, naprawde fajne. Moze to ten wolny nie tylko od pracy, ale tez od szalenstwa zakupow czas sprawia, ze po mszy wierni majc chec spotkac sie na wspolnym posilku? Z tego, co sie zorientowalam takie parafialne biesiady sa tu bardzo popularne. Ja trafilam na obiad u wloskich katolikow. Makaron z sosem bolonskim, lampka wina i ciasto za 6 euro (czyli nie bardzo drogo, ale tez nie super tanio, za niewiele wiecej mozna zjesc w knajpce) przycignely prawdziwe tlumy. Wierni jedli, rozmawiali, zapytali, czy przypadkiem nie jestem Slowenka, posmiali sie z zartow dochodzacych z kuchni. Podobnie familiarna atmosfera panuje tez u ewangelikow. Po nabozenstwie pastor wychodzi przed kosciol i z kazdym, kto ma chce ucina sobie pogawedke. A juz nie ma mowy, zeby komus nie powiedzial osobiscie "do widzenia". W ogole kosciol (mam teraz na mysli ewngelicki) stara sie byc tu blisko zycia, nie uciekac za daleko w abstrakcje. Dlatego oprocz spotkan stricte religijnych getynska diecezja prowadzi mase zajec i kursow. Sa prowadzone przez pastorke spotkania dla kobiet w srednim wieku, sa kursy doszkalajace dla bezrobotnych, nauka niemieckiego dla imigrantow, grupy wsparcia dla nalogowcow i kola dla mlodych rodzicow probojacych opanowac trudna sztuke wychowywania dzieci.

Niedziela tutaj pozwala wytchnac, zatrzymac sie na chwile. A ze miasto jest male, ale nasycone lokalami, centrami sportowymi i kawiarniami, mozna albo slodko sie wynudzic, albo przyjemnie zmeczyc. Boska alternatywa!

19:05, natalia.waloch
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 października 2007
Goettingen by night

No i trafilam do sadu. Kiedy zaczelam pytac tubylcow, gdzie powinnam sie udac w piatkowy wieczor, prawie wszyscy odpowiadali: Musisz isc do "Savoya". No to poszlam. "Savoy" to najwiekszy szpan w miescie: dyskoteka w dawnym budynku sadu (wciaz wisza tabliczki "sala rozpraw"). KLimat panuje tam cokolwiek orwellowski. Na wejsciu elektroniczna galka oczna robi czlowiekowi zdjecie, ktore natychmiast wyswietla sie bramkarzowi w komputerze. Bog jeden wie, jakie jeszcze dane pobieraja z czlowieka (moze np. skan teczowki?), grunt, ze zapisuja je na karcie podobnej do bankomatowej tyle, ze niezadrukowanej. Tej karty trzeba strzec, bo to odtad dowod osobisty i paszport w jedym. Pokazuje sie ja w szatni, zeby oddac plaszcz, a szatniarka nabija na nia numerek, pod jakim zwisnie nasze odzienie. Rowniez przy barze, zamiast gotowki, podaje sie karte. Po przyjsciu zorientowalam sie, ze trafilam na "Wall Street Party", co mozna wyjasnic tak: pij w odpowiednim czasie, bo mozesz przepic majatek. Sprawa polega na tym, ze z minuty na minute, jak ceny akcji na gieldzie, w "Savoyu" zmieniaja sie ceny napitkow. Kurs wodki, rumu, piwa i wszelikch innych trunkow mozna sledzic na wielim ekranie. Niezle, co? Przyznam, ze jest to pomyslowe i efektowne, chociaz ten klub to nie moja bajka. Dlatego w pewnym momencie postanowilam troche sie przejsc po lokalu isprawdzic, czy ma jeszcze jakies tajemnice. Otoz mial - as w rekawie "Savoya" to klub "Vogue". Weszlam i od razu zobaczylam, ze to zupelnie inna bajka. Przede wszystkim oprocz mlodziezy, sporo towarzystwa po czterdziestce. Zamiast elektronicznej wersji "Felicita", cieply i zachrypniety od kubanskich cygar glos spiewa o jakims vagabundo,  a wszyscy tancza. I to jak tancza! Jakby nie robili nic innego od dziecka. Prym wodzi kilu tancerzy, na oko latynoskiego pochodzenia. Chcialam porozmawiac zjednym z nich, ale on nie understand, ja nie versteien (?), wiec porozumielismy sie w miedzynarodowym jezyku tanca. Powiem tak: gdybym nie poszla do "Vogue'a" w zyciu bym nie powiedziala, ze umiem tanczyc salse.

Efekt troche popsul mi powrot wielkiego brata, kiedy wychodzilam. Karta do czytnika, na monitorze wyskakuje, co wypiles i ile (permanentna inwigilacja) i placisz - teraz juz wiesz, czy masz nosa do gieldy. Jesli przychodzi placic wiecej niz sie myslalo, lepiej moze dac sobie spokoj z akcjami.

Tego samego wieczora trafilam jeszcze na impreze studencka i to byl zdecydowanie bardziel moj klimat, chociaz znacznie mniej interesujacy do opisywania. Ot, piwko, rozmowy, smiechy i dobra muzyka - jak to u mlodych wykszatalciuchow na calym swiecie. Mniej bajerow, wiecej "pierwiasta ludzkiego". Na koniec poszlam jeszcze do baru, gdzie zamierzalam napic sie kawy, ale okazalo sie, ze ekspres o 2 w nocy nie dziala. Zamowialam wiec sok pomidorowy, a w oczekiwaniu na niego ucielam sobie pogawedke z siedzacym przy barze Hansem. Hans 20 lat mieszkal w Berlinie, ale wrocil do Getyngi, skad pochodzi, bo mial dosc poczcua, ze jest absolutnie anonimowy. Wygladal na zadowolonego, ze jest w ten piatkowy wieczor w Getydze, a juz na pewno byl zadowolony, ze spedza go w barze.

Dzis dla odmiany dziem z zupelnie innej beczki. Poszlam do instytutu etnologii, gdzie odbywaja sie spotkania dla dzieci. Abstrahujac od tego, ze maluchy sie swietnie bawia (sluchajac indianskich bajek, ogladajac zdjecia z halloween w Meksyku rysujac afrykanskie duchy) to kolejny przyklad genialnej niemieckiej zdolnosci ubijania kilku kaczek jedna kula: A) instytut zarabia (za uczestnictwo dziecka w spotkaniu rodzice placa 4 euro) B) studentki prowadzace zajecia zarabiaja i maja swietny punkt do CV C) rodzice maja dwie godziny na sobotnie zakupy czy porzadki, wiedzac, ze dziecko sie w tym czasie rozwija, a nie gapi w telewizor. Fajne. I takie proste.

Jutro ide na msze. W jednym z tutejszych kosciolow po nabozenstwie wierni razem jedza. Kto wie, czy nie buduje to silniejszych wiezi miedzy parafianami, niz sama msza. Sprawdze.

I na koniec. Mam problemy techniczne i na razie nie jestem w stanie wrzucac zdjec. Mam nadzieje, ze uda mi sie z mini szybko uporac.

22:15, natalia.waloch
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 października 2007
Tureccy dresiarze, ktorych nie bylo

Dzis postanowilam wybac sie na przedmiescia. Dowiedzialam sie, ze klopotliwa dla miasta dzielnica jest zamieszkale przez imigrantow Grone Sud. Znalazlam odpowiedni autobus i pojechalam, spodziewajac sie, ze w ktoryms momencie zza zakretu wyloni sie ponure blokowisko, cos jak nasze Rubinkowo, z ta tylko roznica, ze dresiarze beda Turkami. Tymczasem trafilam do calkiem spokojnej, schludnej  dzielnicy. O co w tym wszystkim chodzi spytalam Andreasa Fuhrmanna, dziennikarza "Goettinger Tageblatt". Okazuje sie, ze z Grone Sud rzeczywiscie sa klopoty, ale nie oznacza to, ze dzielnica jest kraina latajacych nozy, do ktorej lepiej nie wchodzic po zmierzchu.  Problem polega na tym, ze mieszkancy Getyngi traktuja ja jak getto, co sprawia, ze imigranci calkiem zamykaja sie na zycie spoleczne. Sa to ludzie biedni, najczesciej bezrobotni, co z kolei powoduje frustracje. Lokalne wladze postanowily nie dopuscic, zeby rozlala sie na inne czesci miasta i wybudowaly tzw. "Centrum sasiedzkie". Kazdy moze do niego przyjsc, pogadac ze znajomymi i z nieznajomymi, dzieciaki moga sluchac muzyki, grac w cos etc. Podobno projekt dziala - mieszkancy przestali zyc tylko i wylacznie problemami. Chcialabym spotkac sie z kims, kto do tego centrum chodzi. Moze sie uda po weekendzie.

A teraz ide na miasto sprawdzic, co getynczycy robia w piatkowe wieczory!

zamieszkuja ja bardzo biedni, przewaz

20:53, natalia.waloch
Link Komentarze (4) »
Szkoła jogi, matka i slawistki

Bardzo intensywny dzień. Rano poszłam do magistratu, gdzie – jak już pisałam – próbowałam zarejestrować firmę. Wymyśliłam sobie, że to będzie szkoła jogi. Ratusz zdał egzamin – do gabinetu urzędnika dostałam się bez kolejki i spędziłam w nim dwie minuty. Dobre funkcjonowanie urzędów podkreśla sporo osób, które tu żyją. Ale są też wpadki, jak chyba wszędzie, gdzie jest biurokracja.

A to ja, wpartująca się w dokumenty (oczywiście przetłumaczone), które musiałabym wypałnić, gdybym naprawdę zakładała firmę w Getyndze.

Wczesnym popołudniem pojechałam na wieś. Diemarden leży zaledwie kilka kilometrów od Getyngi – odległość jest mniej więcej taka jak z Torunia do Przysieka. Nastawiłam się na podróż jak na wielką wyprawę z takimi jej atrybutami jak rozpaczliwe szukanie miejsca, skąd odchodzi autobus do Diemarden, beznadziejnie długie oczekiwanie na niego oraz brnięcie przez wieś. Nic bardziej mylnego. Z centrum miasta dotarłam do celu w pół godziny. W domu stojącym na skraju wsi spotkałam się z dwiema Polkami, mieszkającymi tu kawał czasu. Opowiedziały mi trochę o tym, jak w Getyndze (i jej okolicach) żyje się matkom. Podobno nie jest różowo, ale nie jest też źle. Rodzice mogą np. liczyć na upusty, posyłając do przedszkola drugie dziecko (ale tylko, jeśli jest to to samo przedszkole, do którego chodzi brat lub siostra malucha), a trzecie korzysta z niego całkiem za free. Minusy są m.in. takie, że do żłobka czy przedszkola malca ciężko wepchnąć – czyli tak jak u nas.

Dziś drugi raz spotkałam się też z Sefą, który nie zawiódł moich oczekiwań i nakarmił mnie kolejną porcją ciekawych refleksji o Getyndze.  

Miałam dziś też spotkanie z Małgorzatą Małolepszą, lektorką polskiego na uniwersytecie. Dowiedziałam się od niej kilku kolejnych ciekawostek o uczelni. Lektorzy, oprócz urlopu, mają prawo do dwóch miesięcy pobytu w swoim kraju. Pensje wykładowców są tu ustalane na poziomie rządowym, a na getyńskim uniwersytecie podpisuje się lojalkę, że ewentualna dodatkowa praca nie będzie miała negatywnego wpływu na jakość zajęć proawdzonych na uczelni. Zarobki są jednak na tyle dobre, że naukowcy nie łapią pięciu etatów w prywatnych szkołach, tylko skupiają się na budowaniu solidnej kariery na elitarnej uczelni.

Wieczorem wyskoczyłam na małe piwo ze studentkami slawistyki. Niektóre są z pochodzenia Polkami, niektóre uczą się języka od zera. Co ciekawe, studenci, a przynajmniej humaniści, raczej nie widzą swojej przyszłości w Getyndze. Wszyscy chcą uciekać. Ale w końcu -  jak powiedziała mi rzeczniczka uniwersytetu – tutejsza uczelnia nie szkoli ludzi dla potrzeb lokalnego, lecz globalnego rynku. Śmiałe! Ale wygląda na to, że działa.

A teraz idę spać, bo jutro kolejny dzień odkrywania miasta, rycia w jego zakamarkach i ograbiania go z tajemnic. W planach mam m.in. spotkanie z Andreasem Fuhrmannem, dziennikarzem lokalnej gazety „Goettinger Tageblatt”.

 

02:32, natalia.waloch
Link Komentarze (2) »
środa, 24 października 2007
Lost in translation

Mój pobyt w Getyndze jest nietypowy. Nie tylko dlatego, że jestem tu w pracy. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy jestem w kraju, którego języka nie znam. Dotąd zawsze byłam w stanie – chociaż czasami koślawo - porozumiewać się z mieszkańcami w ich ojczystej mowie. To nowe doświadczenie jest bardzo ciekawe. Pływam wśród obco brzmiących słów, a jednak rozumiem, co się dookoła mnie dzieje. To pokazuje mi, jak wiele rzeczy przekazujemy sobie bez słów. Dziś poszłam z Szymonem, który w swej wielkoduszności zgadza się mi pomagać jako tłumacz, na posterunek policji. Chcę porozmawiać z jednym z tutejszych mundurowych o jego pracy. Weszliśmy do pierwszego z brzegu komisariatu. Bardzo uprzejma policjantka wysłuchała moich próśb wyrażonych ustami Szymona i natychmiast skontaktowała się z oficerem prasowym (spotkanie ma się odbyć jeszcze w tym tygodniu). Mimo, że rozumiałam tylko poszczególne słowa, odczułam dużą przychylność i otwartość tej dziewczyny. I nie chodzi tylko o to, że była uśmiechnięta, bo profesjonalnego banana od ucha do ucha każdy potrafi sobie przykleić na usta. Myślę po prostu, że dzisiejszy świat zbyt dużą wagę przywiązuje do słowa, jest „przewerbalizowany”, nie docenia wagi gestów. To znaczy Zachód, bo u Arabów na przykład jest już zupełnie inaczej i uważam ich za wiele bogatszych od nas. Zadziwiające, jak wiele można się czasem dowiedzieć od kogoś, kto mówi najprostszą, łamaną angielszczyzną, ale najzwyczajniej w świecie chce się porozumieć. Nie skomunikować, ale właśnie porozumieć. Jeśli już o językach mowa, to zadziwiają mnie getyńskie kioski. W każdym można dostać takie tytuły jak „Financial Times”, „El Pais”, czy „Le Monde”. Co więcej, są tu gazety chińskie, a dziś nawet udało mi się dorwać arabski „Al-Hayyat” wydawany w Londynie, co mnie cieszy, bo mam okazję poszlifować słówka. Zmierzam do tego, że międzynarodowe towarzystwo studentów może się tu czuć naprawdę komfortowo. Bo nie mam wątpliwości, że to żacy właśnie kupują te dzienniki. Nie ma tu bowiem ani taki licznej mniejszości chińskiej, ani tak wielu turystów z Hiszpanii, żeby w kioskach musiały być tytuły z tych krajów. Wniosek: student-obcokrajowiec nie jest zdany tylko na internet. To świadczy o naprawdę wielkiej otwartości miasta na młodych, którzy ciągną tu z całego świata po wiedzę.

Angielski pozwolił mi dziś na odbycie ciekawej rozmowy z Sefą Degimem, właścicielem sklepu na Starówce. Weszłam do uroczego wnętrza z biżuterią i odzieżą we wszystkich kolorach tęczy (tkaną ręcznie w Hiszpanii, jak się okazało) i omal nie rozbiłam ogromnego lustra, przez które chciałam przejść, sądząc, że dostanę się do następnej sali sklepu. W ostatniej chwili zauważyłam kogoś bardzo podobnego do mnie i udało mi się uniknąć zrobienia rabanu. Roześmiałam się i zaczęłam coś tłumaczyć po angielski, na co właściciel powiedział, że masa osób nabiera się na rzekome przejście w miejscu, gdzie jest lustro. Od słowa do słowa i rozwinęła się fantastyczna dyskusja o mieście i jego unikalnym charakterze. Sefa od dziecka mieszkał w Getyndze, potem sporo podróżował, kilka lat spędził w Hamburgu, ale wrócił, bo jak mówi, to idealne miasto, żeby mieć komfortowe, nieskomplikowane życie. Przy okazji dowiedziałam się, że Getynga ma najwięcej w Niemczech przypadających na mieszkańca psychologów i psychoterapetów. Sefa śmieje się, że to przez uniwerstecki charakter miasta: ludzie tu za dużo myślą i muszą się potem z tego wyczyścić na kozetce. Jest to jakaś teoria.

Skoro dziś tak lingwistycznie, to dodam, że wieczorem pojechałam do katolickiego kościoła, gdzie – jak mi powiedziano – w środy odbywają się msze po polsku. Jakimś cudem zaplątałam się do budynku parafialnego i, trafiwszy na żywe dusze, wyjaśniłam, po co przyszłam. Jedna z napotkanych kobiet bardzo się zdziwiła i poradziła, żebym zajrzała do kościoła. Zajrzałam, tzn. próbowałam zajrzeć, bo pocałowałam ciężką mosiężną klamkę. Pomyślałam sobie potem, że musiałam zrobić wrażenie bardzo gorliwej wiernej, która wieczorem w dzień powszedni, w ewangelickim niemieckim mieście bez szczątkowej znajomości niemieckiego szuka katolickiej mszy po polsku.

Jutro idę zakładać firmę. Sprawdzę, czy urzędnicy są „przodem do petenta”

P.S. Tyle piszę o moim dobrym duchu Szymonie, więc proszę - fotka, żebyście wiedzieli, o kim mowa.

22:29, natalia.waloch
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 października 2007
Wpadka
No to zaliczyłam pierwszą blogową wpadkę. To nie tak miało wyglądać. Po części opisującej spotkanie na uniwerku miała być fotka pani prorektor, a potem moja wstrząsająca opowieść o głodzie w wielkim mieście. Wybaczcie nowicjuszce :)
21:34, natalia.waloch
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2