|
Blog > Komentarze do wpisu
Szukanie złotego runa
Ten drogowskaz stoi przy getyńskim ratuszu (to ten wysoki budynek w tle). Tydzień temu rano wróciłam do domu. Wciąż żyję dniami, które spędziałam w Getyndze. Niby weszłam już w normalny rytm, ale nocami śni mi się, że ktoś mówi do mnie po niemiecku :) Od poniedziałku w "Gazecie" rusza cykl artykułów o tym, co ciekawago 21 reporterów podpatrzyło w 21 europejskich miastach. Przeglądam materiały, które zebrałam, piszę pierwsze rzeczy dla Was. Nie jest to łatwe. I to nie bynajmniej dlatego, że muszę odczytywać swoje notatki z zapisanego chaotycznym (bo wiecznie pośpiesznym) pismem zeszytu i przewertować torbę folderów i ulotek. Jest to trudne, bo ze wszystkich spotkań, rozmów i tego, co zobaczyłam muszę wyłowić rzeczy najważniejsze dla Torunia. Te, które mogą być przykładem dla naszego miasta, złotym getyńskim runem, którym możemy się pożywić, żeby żyło się nam lepiej i przyjemniej. Trochę tego jest. O wszystkim będziecie mogli czytać już od 12 listopada. Na razie jednak chciałabym wrzucić tu kilka fotek, pokazujących oblicze Getyngi. To ojciec, który opiekę nad dzieckiem łączy ze sportem. Wspominałam o nim, opisując getyńską niedzielę. Przyznacie, widok trochę niecodzienny. W Toruniu pomyślałabym pewnie, że porwał dziecko i ucieka, ale tam najdziwniejszy rower nie dziwi. Ten jest nietypowy przez to, że wózek dla malucha jest z przodu - zazwyczaj montowane są z boku lub z tyłu. A to wspominane zajęcia z dzieciakami w Instytucie Etnologii. Piłka-globus po prawej stronie służy studentom do pokazywania, gdzie też to żyją ci Indianie, o których jest bajka.
I jeszcze jedna weekendowa fotka. Tę dziewczynkę zauważyłam podczas niedzielnego spaceru po Starówce. Takich małych rzeźbo-zabawek jest na niej kilka. Świetna rzecz: rodzice w kolejce po mięso, a dzieciak się nie nudzi. A teraz z zupełnie innej beczki. W Getyndze znaleźli świetny sposób na reklamę imprez. Jest darmowa, dociera do masowego odbiorcy i zapobiega dzikiemu plakatowaniu. To akurat zapowiedź zabawy dla studentów z zagranicy, którzy są na uniwersytecie w ramach Erasmusa. Najwięcej takich napisów pojawia się oczywiście w okolicy kampusu. Syba-ryta pytał mnie w jednym z komentarzy, czy getyńczycy w ogóle kojarzą Toruń i wiedzą, że jesteśmy ich miastem partnerskim. Otóż kojarzą doskonale. Może dzięki takim detalom: To instalacja na jednej z głównych ulic miasta Goethe Allee. Napis informuje o wybitnym astronomie pochodzącym z partnerskiego Torunia. Idąc dalej można spotkać podobne mini-rzeźby z poszczególnymi planetami. A jeśli już jesteśmy przy akcentach toruńskich, to nie uwierzycie, co spotkałam podczas jednaj z przechadzek!
Jak Boga kocham, krzywa! Nie mam pojęcia, co się tam mieści, chyba nic, bo wyglądała na zamkniętą na cztery spusty. Tego się nie spodziewałam! Żeby obraz był prawdziwy i pełny, to muszę powiedzieć, że i w Getyndze nie zawsze wszystko wygląda tak pięknie. Zdaje się, że mają ten sam problem, co my, bo wieczoram na Starówce można trafić i taki widok:
Wszystko to jest cały czas żywe w mojej pamięci. Wspominam ludzi, których spotkałam i to, co mi o swoim mieście opowiedzieli. Dochodzę do wniosku, że fenomen Getyngi polega na tym, że życie tam jest proste. Nie ma wielkomiejskiego zadęcia ze wszystkimi problemami, jakie niosą molochy - wielkoświatowe, ale i uciążliwe. To właśnie cenią sobie mieszkańcy, m.in. Sefa Degim, jeden z moich niezapomnianych rozmówców:
Po przyjeździe do Polski najbardziej chyba uderzyła mnie ta powszechna nerwowość. Za długo wyjmuję portfel, stojąc przy kasie w sklepie i już ktoś za mną wzdycha i cmoka (obowiązkowo na tyle głośno, żebym usłyszała). Pani w sklepie jest niezadowolona, że proszę o pomoc, przerywając jej tym samym rozmowę z koleżanką. No i ulice! Po raz kolejny - tyle, że teraz dużo jaskrawiej - widzę powszechne chamstwo. Masa kierowców traktuje pieszych (o rowerzystach nie wspomnę), jak zawalidrogi niepotrzebnie hamujące ruch. Na kierowcę, który zatrzymuje się przed przejściem bez świateł nasi piesi patrzą podejrzliwie, po czym przemykają chyłkiem przed maską, jakby obawiali się, że ten w aucie się rozmyśli i ich rozjedzie. W Getyndze w zasadzie nie musiałam się rozglądać, wchodząc na pasy. Tam, kiedy kierowca widzi pieszego, od razu się zatrzymuje, nawet mu do głowy nie przyjdzie, żeby przejechać, zanim ten przejdzie. Ale trzeba przyznać, że i piesi są zdyscyplinowani i nie przebiegają na dziko przez jezdnię. Może dlatego, że nie muszą szukać zebry, bo tych jest masa (to jeden ze sposobów na ukrócenie kierowcóa, którzy mają nóżkę nieco przyciężką do gazu). Eh! Na taki codzienny luz i spokój zamożnych zachodnich społeczeństw przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać. Pewnie łatwiej o niego, kiedy pensja starcza nie tylko na życie, ale jeszcze fajne wakacje, kiedy człowiek nie boi się o pracę, o szyby w samochodzie zaparkowanym pod domem... A'propos ruchu ulicznego. W Getyndze można jeździć na rowerze nawet z 1,6 promila! Ale z tego co widziałam, nawet mocno wstawieni studenci zatrzymują się na czerwonym świetle - również, kiedy nic nie jedzie! czwartek, 08 listopada 2007, natalia.waloch
|
|
Nie wspomnialas o rzeczy ktora w Niemczech podoba mi sie najbardziej - swiatla na skrzyzowaniu. Widoczne z pierwszego rzedu, kierowca nie musi przyklejac glowy do kierownicy, zeby sprawdzic czy juz moze jechac.
I jeszcze jedna ciekawostka. Nie wiem czy zauwazylas, ale w sklepach jest bardzo malo wody butelkowej, niegazowanej. Powod? W Niemczech normy na wode w kranie sa bardziej rygorystyczne niz na wode butelkowana. Zdrowiej jest wiec pic kranowe ;-)
Z tym zatrzymywaniem sie na czerwonym swietle to uwazam ze to nic madrego. Dlaczego stac, skoro nic nie jedzie. We Francji przechodzilem na czerwonym swietle obok policjanta. W Niemczech taki wystepek to zbrodnia przeciwko ludzkosci.