|
Blog > Komentarze do wpisu
Szkoła jogi, matka i slawistki
Bardzo intensywny dzień. Rano poszłam do magistratu, gdzie – jak już pisałam – próbowałam zarejestrować firmę. Wymyśliłam sobie, że to będzie szkoła jogi. Ratusz zdał egzamin – do gabinetu urzędnika dostałam się bez kolejki i spędziłam w nim dwie minuty. Dobre funkcjonowanie urzędów podkreśla sporo osób, które tu żyją. Ale są też wpadki, jak chyba wszędzie, gdzie jest biurokracja. A to ja, wpartująca się w dokumenty (oczywiście przetłumaczone), które musiałabym wypałnić, gdybym naprawdę zakładała firmę w Getyndze.
Wczesnym popołudniem pojechałam na wieś. Diemarden leży zaledwie kilka kilometrów od Getyngi – odległość jest mniej więcej taka jak z Torunia do Przysieka. Nastawiłam się na podróż jak na wielką wyprawę z takimi jej atrybutami jak rozpaczliwe szukanie miejsca, skąd odchodzi autobus do Diemarden, beznadziejnie długie oczekiwanie na niego oraz brnięcie przez wieś. Nic bardziej mylnego. Z centrum miasta dotarłam do celu w pół godziny. W domu stojącym na skraju wsi spotkałam się z dwiema Polkami, mieszkającymi tu kawał czasu. Opowiedziały mi trochę o tym, jak w Getyndze (i jej okolicach) żyje się matkom. Podobno nie jest różowo, ale nie jest też źle. Rodzice mogą np. liczyć na upusty, posyłając do przedszkola drugie dziecko (ale tylko, jeśli jest to to samo przedszkole, do którego chodzi brat lub siostra malucha), a trzecie korzysta z niego całkiem za free. Minusy są m.in. takie, że do żłobka czy przedszkola malca ciężko wepchnąć – czyli tak jak u nas. Dziś drugi raz spotkałam się też z Sefą, który nie zawiódł moich oczekiwań i nakarmił mnie kolejną porcją ciekawych refleksji o Getyndze. Miałam dziś też spotkanie z Małgorzatą Małolepszą, lektorką polskiego na uniwersytecie. Dowiedziałam się od niej kilku kolejnych ciekawostek o uczelni. Lektorzy, oprócz urlopu, mają prawo do dwóch miesięcy pobytu w swoim kraju. Pensje wykładowców są tu ustalane na poziomie rządowym, a na getyńskim uniwersytecie podpisuje się lojalkę, że ewentualna dodatkowa praca nie będzie miała negatywnego wpływu na jakość zajęć proawdzonych na uczelni. Zarobki są jednak na tyle dobre, że naukowcy nie łapią pięciu etatów w prywatnych szkołach, tylko skupiają się na budowaniu solidnej kariery na elitarnej uczelni. Wieczorem wyskoczyłam na małe piwo ze studentkami slawistyki. Niektóre są z pochodzenia Polkami, niektóre uczą się języka od zera. Co ciekawe, studenci, a przynajmniej humaniści, raczej nie widzą swojej przyszłości w Getyndze. Wszyscy chcą uciekać. Ale w końcu - jak powiedziała mi rzeczniczka uniwersytetu – tutejsza uczelnia nie szkoli ludzi dla potrzeb lokalnego, lecz globalnego rynku. Śmiałe! Ale wygląda na to, że działa. A teraz idę spać, bo jutro kolejny dzień odkrywania miasta, rycia w jego zakamarkach i ograbiania go z tajemnic. W planach mam m.in. spotkanie z Andreasem Fuhrmannem, dziennikarzem lokalnej gazety „Goettinger Tageblatt”.
piątek, 26 października 2007, natalia.waloch
Komentarze
2007/10/26 20:41:31
Witam serdecznie! O zakladaniu firmy w urzedzie, jak i o wielu innych rzeczach nie napisalam wyczerpujaco, bo pelny obraz "mojej Getyngi" bede przedtawiala na lamach GAZETY dopiero od 12 listopada, kiedy pozbieram mysli i co wazniejsze, kiedy inni reporterzy wroca do kraju. Prosze wiec uzbroic sie w cierpliwosc, a postaram sie nie zawiesc oczekiwan. A swoja droga ciesze sie, ze Pan czuje niedosyt, bo bedzie Pan czytal moje teksty:) Pozdrawiam
|
|
Nie byłem jeszcze w Getyndze, znam jednak Marburg z pobliskiej Hesji. Miasto nieco mniejsze, ale także ze starym uniwersytetem, więc atmosfera pewnie podobna. Podobną ilość rowerzystów widziałem tylko w Amsterdamie. Niedosyt czuję po relacji z urzędu i zakładania firmy - szczegóły prosze,u nas tylko się o tym mówi niestety. Pozdrawiam
Również zapalony cyklista